Z pamiętnika wolontariusza

Prawdziwe historie z pierwszej linii frontu

„Wy mnie tam tylko zawieźcie”. O epidemii samotności

Niektóre choroby nie potrzebują recept. Nie słychać ich w stetoskopie i nie widać na zdjęciach rentgenowskich. A mimo to potrafią odebrać człowiekowi siły szybciej niż jakikolwiek ból fizyczny. Tą chorobą jest samotność.

Herbata, która musi starczyć na długo

Gdy Ewa, wolontariuszka naszej fundacji, wchodzi do mieszkania pani Basi, od razu wstawia wodę na herbatę. Zawsze piją ją powoli. Dla Ewy to tylko kolejny kubek, który pije w ciągu dnia. Dla pani Basi to jedyny kubek, który wypije tego dnia w czyimś towarzystwie. Czasem to jedyna okazja, by w ogóle usłyszeć swój własny głos.

Pani Basia ma 82 lata. Ma rodzinę, oczywiście. Mają poukładane życia, grafiki, kredyty, wyjazdy służbowe i telefony pełne przypomnień. Dzwonią na święta. Pytają, czy zapłaciła rachunki. A potem znowu zapada cisza, gęsta i ciężka jak koc, pod którym pani Basia spędza większość dnia.

Wiesz, dziecko – powiedziała kiedyś, odkładając kubek na spodek – Najgorsze nie jest to, że nie ma do kogo ust otworzyć. Najgorsze jest to, że jak mi upadnie klucz na podłogę, to nie ma mi kto go podać. A samej mi już schylić się trudno.

Ważniejsi od lekarza

Często myślimy, że ludzie u schyłku życia potrzebują przede wszystkim opieki medycznej. Kroplówek. Lekarstw. I to oczywiście prawda. Ale w naszej codziennej pracy widzimy, że gdy ból fizyczny zostaje uśmierzony przez medycynę, pojawia się inna, ukryta przestrzeń. Przestrzeń głębokiego opuszczenia.

Dla wielu naszych podopiecznych wizyta wolontariusza Fundacji Ostatnia Warta to główny, a czasem jedyny punkt w ich tygodniowym kalendarzu. To dla tych spotkań starsze panie proszą opiekunki o umycie głowy i zrobienie porządku na stoliku nocnym. To dla tych chwil panowie przypominają sobie historie ze swojej młodości, by mieć co opowiadać chłopakowi, który przyjdzie po południu poczytać im gazetę.

„Wy mnie tam tylko zawieźcie”

Pewnego deszczowego wtorku Ewa i Jurek pojechali do pana Tadeusza. Zwyczajna warta. Trochę czytania, trochę rozmowy, może asystowanie przy drobnym posiłku. Pan Tadeusz cierpi na zaawansowaną postać nowotworu. Bardzo mało mówi. Ale tego dnia, gdy wolontariusze mieli już wychodzić, chwycił Jurka za rękaw.

Panie Jurku... Jak tam po drugiej stronie miasta będzie to hospicjum... Wy mnie tam tylko zawieźcie. Ja nic więcej nie potrzebuję. Tylko żebyście wy ze mną w tym samochodzie siedzieli. Żeby to nie był obcy kierowca z karetki. Żebyście wy.

Jurek, postawny mężczyzna, ojciec trójki dzieci, stał w przedpokoju i przez chwilę nie mógł znaleźć słów. Bo nagle zrozumiał, że dla pana Tadeusza ci dwaj „obcy” wolontariusze z fundacji stali się kimś ważniejszym niż przypadkowi przechodnie. Stali się jego świadkami. Świadkami tego, że jeszcze jest. Że jeszcze żyje. I że ktoś go do tego ostatniego miejsca na ziemi odprowadzi.

Samotność można leczyć

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła niedawno samotność globalnym zagrożeniem dla zdrowia publicznego. Badania pokazują, że długotrwała samotność niszczy organizm równie skutecznie co wypalanie kilkunastu papierosów dziennie.

My w Fundacji Ostatnia Warta nie musimy czytać raportów WHO, by wiedzieć, że to prawda. Widzimy to na własne oczy, w domach i salach szpitalnych w całym Trójmieście i na Kaszubach.

Dlatego nasza „Warta” polega na rzeczach najprostszych. Na tym, żeby usiąść. Posłuchać. Potrzymać za rękę, która przypomina już cienki pergamin. I czasem... po prostu wypić powoli herbatę. Bo dla kogoś może to być herbata najważniejsza w całym tygodniu.

(PS. Ze względu na naszą Politykę Prywatności oraz postanowienia RODO imiona podopiecznych w artykułach mogły zostać zmienione).

Wróć do listy historii